viernes, 19 de febrero de 2016

Moje UNI - Universidade Nova de Lisboa

Jako, że dzisiaj piątek (...piąteczek, piątunio), postanowiłam napisać nieco o zajęciach i mojej uczelni, na którą już w pełnym wymiarze uczęszczam od ostatniego poniedziałku. Oczywiście w Polsce wybierałam trochę nieco inne przedmioty i - chyba jak zwykle - na miejscu okazało się, że dwóch przedmiotów kompletnie w tym semestrze nie otworzono. Każde jedne zajęcia w Portugalii obejmują aż 4h w tygodniu, dlatego inaczej też tu się liczy punkty ECTS - w "indeksie" macie mniej przedmiotów, ale długo na zajęciach przesiadujecie ;). Lista moich przedmiotów wraz z krótkim opisem: SPANISH B2.2 - lektorat z przemiłym panem Hiszpanem z Madrytu o miłym akcencie (o akcencie kolegów z klasy nie będę się wypowiadać - to trzeba usłyszeć). Pierwszą sporną kwestią podczas zajęć stał się konieczny zakup książki. Ja oczywiście postanowiłam sobie skserować przydatne strony (tj. jedynie połowę książki). Ale i z tym same problemy, mimo że książka bezproblemowo została pożyczona mi przez kolegę z ławki. Prawo w Portugalii pozwala na kopiowanie 10% książki, chyba, że macie znajomości, zrobicie to sami albo znacie "nielegalne" ksero. Tzn. wciąż możecie zostać pozwani. Trochę się nachodziłam po tym cudnym mieście w poszukiwaniu jakiejś dobrej duszy, ale póki co jedynie udało mi się uzyskać kilka stron kopii. Będę walczyć dalej :D.
Prática de Tradução Técnico-Científica: brzmi fajnie, będzie mi w Polsce potrzebne jak najbardziej, ale wiadomo, to nie to samo co tłumaczenia z użyciem języka macierzystego. Będzie więc pewnie trudniej. Z drugiej strony na zajęciach pan profesor skupia się na jakiś mało istotnych szczegółach zdania i póki co zależy mu na gramatyce. Na już mam siedzieć w bibliotece i robić porównania między gramatyką portugalską a hiszpańską...
Seminário de Tradução de Espanhol - poza tym, że również profesor skupia się na niekoniecznie istotnych rzeczach, to jednak już wiem, że będe musiała napisać jakieś 15 stron czegoś w stylu pracy licencjackiej na temat dowolny z zakresu tłumaczeń. Co w sumie jest całkiem dobre, poćwiczę pisanie z hiszpańskiego i jednocześnie zapewne skupię się na naszej specjalizacji (w kwestiach zdania sesji w Polsce). Na drugie zajęcia trzeba było już przygotować opinię o swoich dotychczasowych zajęciach na studiach oraz w trakcie zajęć napisać opinię po przeczytaniu tekstu. Całkiem... produktywnie ;)
Tradução Literária - tu już zaczynają się schodki, ponieważ tłumaczenia są z hiszpańskiego na portugalski, co jest rzeczą zapewne banalną dla Portugalczyków, a dla jedynego Erasmusa w klasie (czyli mnie!) już nie tak oczywiste. Profesor nakazała nieustanne czytanie dowolnych książek z literatury portugalskiej i najlepiej streszczanie ich w czasie zajęć. oboshenko. Plus mamy mieć jakieś trzy ważne dyskusje w klasie a na koniec mamy przetłumaczyć wybrane przez nas samych fragmenty Don Kichota. O kurde ;). Będę miała jeszcze kurs portugalskiego, ale to dopiero od następnego tygodnia. W klasie można marznąć, ale prawdziwie urocza Portugalia jest zawsze na zewnątrz, czyż nie?

sábado, 13 de febrero de 2016

De volta a Portugal

Boa tarde...! Przeglądając fantastyczne opowiastki, które wypisywałyśmy tu już jakieś... trzy lata temu, tknęło mnie, aby wznowić działalność. Wiele osób chciałoby może coś usłyszeć o moim życiu w Portugalii lub zobaczyć zdjęcia, a nie widzę sensu w zakładaniu nowego bloga (oddzielając się tym samym od naszego pierwszego Erasmusa i samej bliźniaczki - Żułany) czy Insta lub Snapa (wciąż mówię stanowcze nie!), ale dla potomności chciałabym zachować kilka zdjęć i anegdotek z trzeciego właściwie już mojego Erasmusa. Zatem kochani! Witam Was ponownie. Tym razem, o ile starczy mi cierpliwości i chęci, zabiorę Was w podróż do Lizbony, miejsca, w którym od baaardzo dawna chciałam zamieszkać. I czasem marzenia się spełniają! Od kilku dni mieszkam w miłej dzielnicy Lizbony, Arroios, blisko metra. Po moim naprawdę uroczym mieszkaniu (na pewno nie jest to powtórka mieszkania z Faro - ale i cenowa jest dwukrotna przebitka :P) błąka się gruby włoski kot. Mieszkanie jest ogromne jak na dwie osoby: mamy cztery pokoje dla siebie oraz dużą kuchnię. Atmosfera jest jak na razie przyjemna i nie mam obaw co do organizowania kolacji czy zapraszania gości, co też stawia mnie w bardziej komfortowej sytuacji niż nasze mieszkanie sprzed 3 lat. Oraz sprzyja ewentualnemu spożyciu wybitnie tanich win portugalskich, za którymi tak tęskniłam (okej, mimo ich obecności w biedrze:P)
Jeśli chodzi o pierwsze wrażenia z pobytu na uczelni, a właściwie ze spotkania dla Erasmusów, to raczej jestem skłonna narzekać: po pierwsze, bo musimy płacić 35 euro opłat administracyjnych (co wydaje mi się, hm, wręcz nielegalne - takie rzeczy powinne być za darmo, tylko nasza uczelnia macierzysta powinna móc pobierać za to opłaty - tak mi wydaje) - inaczej nie dostanę podpisu w Learning Agreemencie i nie będę oficjalnie tu studiować (oraz zabiorą mi stypendium - cwaniaki). Portugalia wciąż w kryzysie, bo za darmo nie ma nic nawet od Mobility Office podczas Welcome Weeku - co jest chyba nie do pomyślenia w Lublinie i w naszych ESN-ach (zawsze staraliśmy się robić imprezy czy spotkania za darmo). W końcu uczelnia docelowa dostaje pieniądze za przyjęcie Erasmusów i jest zobowiązana do zrobienia jakiegoś powitania. Ale jeśli chodzi o personalny kontakt z uczniami, którzy się nami opiekują - fantastyczne osoby, które we wszystkim pomogą ;)
Jeśli chodzi o pogodę, to od kilku dni PADA. Mży, kropi lub leje. Jest 15 stopni, ciepło, ale jednak odczuwam dość nieprzyjemną wilgoć, szczególnie już po wejściu do jakiegoś budynku. Oraz muszę przyzwyczaić swe uda do ciągłego biegania w górę i w dół. Ale mimo tych niedogodności Lizbona jest wspaniała, urocza i kochana. Wystarczy, że wyjdę z mieszkania, pooddycham tym powietrzem... I od razu się śmieję :).
Więcej zdjęć, gdy wyjdzie wreszcie słońce :D!

sábado, 10 de agosto de 2013

Um pouco das fotos

Po feralnych wypadkach z naszymi wspaniałymi sprzętami RTV w Polsce udało mi się odzyskać kabel do telefonu. Niniejszym skarbnica zdjęć od lutego aż do samego końca naszego wspaniałego Erasmusa, który to nastąpił już (dopiero?) 3 lipca szczęśliwym powrotem do kraju. Tęskni się, tęskni, bo był to piękny czas poznawania zarówno kultury portugalskiej, jak i ludzi z całego świata.

FARO, moje ulubione miejsce :) ruiny castelo, ławki, marina i za torami wychyla się już Ria Formosa. Na drugim zdjęciu Joanna ze sławnym monumento farense - ni to ptak, ni ryba, ale oko ma, przez które się Ola mądrze przeciskała ostatniej nocy w Faro...



Tutaj w poszukiwaniu verdadeiro sorbetów i żubrówki. Pingo Doce





Z naszej wspaniałej windy z lustrem. W końcu czwarte piętro to taaaak wysoko! Sweet focia i załamka nad obrazem widzianym w lustrze to nieodwołalny punkt wieczoru.


Leniwe południa i wieczory na plaży umilały wspólne granie w siatkę czy gitara. W czerwcu preferowaną narodowością okazali się Brazylijczycy. I oczywiście nasze kochane Bułgarki ;)


Bo każdy wie, że mimo braku klifów najlepiej zapamiętamy naszą prostą, słodką i czystą PRAIA DE FARO. Saudades.


Ostatni dzień i noc w Lizbonie. Do trzech razy sztuka! Lizbonę kocham, do Lizbony wrócę na pewno.





Co do naszego powrotu... Najpierw nie tęskniłam, ale już teraz wiem, że sentyment na pewno pozostanie. Mamy mnóstwo dziwnych anegdotek, milion nowych doświadczeń i smaków. Za sobą dni radości i dni nieporadności, pięć dziwnych miesięcy w obcym kraju oddalonym 3 i pół tysiąca kilometrów od domu. W uszach jeszcze dudni echo andaluzyjskiej wersji hiszpańskiego, brazylijskiego "dzi" i tego pełnego wyrzutów zaciągania portugalskiego. I choć to wszystko minęło, to spróbujemy jeszcze czasem tu wrócić, by jednak zebrać kilka najważniejszych wspomnień z jednego semestru. Czy było warto? TAK, tak, tak.

lunes, 17 de junio de 2013

Albufeira

Pod koniec maja przyjechała do nas z wizytą Ana, która przebywa na swoim Erasmusie w Porto. Jako że nadarzyła nam się całkiem przyjemna pogoda (ale bez upałów, tak jak to miało miejsce zarówno w połowie maja oraz teraz), piątek i sobotę spędziłyśmy na naszej wspaniałej Praia de Faro, by w niedzielę zmienić miejsce pobytu na osławioną Albufeirę.


Miasto ma ponad 40 tysięcy mieszkańców i liczba ta wciąż wzrasta, tak jak turystyka tego miejsca (buduje się tu mnóstwo nowych hoteli i domów), wspomnieć trzeba też o bogatej sieci restauracji i sklepów. Ostatnio odbywało się tutaj Erasmus National Meeting organizowane przez ESN Porto, które zgromadziło ok. 700 Erasmusów z Portugalii i okolic (wydarzenie kosztowało ok. 130 euro za 3 dni, więc sobie darowałyśmy), aby mogli oni pobawić się w miejscowym Aquaparku tudzież potańczyć w pianie. Albufeira ma również ważne miejsce, w któym możemy zobaczyć os golfinhos i inne wspaniałe stworzenia, mianowicie ZooMarine. O Albufeirze słyszałyśmy już bardzo dużo, poczynając od "portugalskie Las Vegas", "miejsce bardziej angielskie niż portugalskie" oraz "jeśli szukasz spokoju, raczej tam nie jedź". Przeto szukałyśmy z Aną głównie skałek w oceanie oraz ewentualnie jej kompanierów do apartamento. Do Albufeiry daleko z Faro nie mamy, mniej niż godzinę pociągiem (bilet w jedną stronę ponad 3 euro), jednak ze stacji kolejowej trzeba jeszcze podjechać dwoma autobusami, by znaleźć się nad brzegiem oceanu (ta przyjemność kosztuje 1,40 euro), autobusy są nowe i dobrze oznaczone, aczkolwiek potrafią jeździć w kółko - może miasto duże nie jest, ale zahaczyć o wszystkie osiedla mniejsze i większe trzeba. W centrum, zaraz po opuszczeniu autobusu mogłyśmy zobaczyć panoramę miasta osadzonego na skałach, za którymi zaraz zaczyna się Atlantyk oraz Praia dos Alemaes, na której rzeczywiście pełno i Niemców, i Anglików (ale Polaków też niemało - ale nas to wszędzie pełno). Plaża może i dość urocza, ale zupełnie płaska i nie tego wszak szukałyśmy! Zatem bez mapy i bez drogowskazów, na czuja, skręciłyśmy w lewo i brzegiem oceanu udałyśmy się na długi spacer w poszukiwaniu kamienistych brzegów. Po czterdziestu minutach na horyzoncie albo i bliżej pojawiły się charakterystyczne dla niemal całego Algarve (i niezbyt charakterystyczne dla okolic Ria Formosa, czyli naszych) nadbrzeżne skały i skałki wraz z przeróżną, śródziemnomorską roślinnością. Weszłyśmy pod górę, brzeg stał się stromy i niebezpieczny, jednocześnie tak piękny, że za bardzo nie bałyśmy się bardzo ewentualnego spadanie w dół do oceanu. W skałach wydrążone przez wody dziury wyglądały jak naturalne, otwarte na ocean baseny. Do plaży ukrytej między skałami doszłyśmy z poczuciem, że właśnie takie widoki reprezentuje większość pocztówek z Algarve i katalogi zachęcające turystów do przyjazdu. Słońce zaczęło prażyć mocniej i mimo lodowatej wody Ana zdecydowała się na pierwszą kąpiel w oceanie tego roku! Oczywiście pomiędzy osławionymi skałkami, na których rosną kaktusy i różne takie tam ciekawe roślinki. Po kilku godzinach opalania postanowiłyśmy wrócić do centrum tę samą drogą i zobaczyć kawałek miasta. Zanim rozpoczęłyśmy zwiedzania, musiałyśmy się oczywiście orzeźwić sangrią, tym razem białą (pyszną i jakże drogą :p). Miasto osobiście mnie zachwyciło typowymi dla Algarve białymi budynkami położone na wzniesieniu (zatem trzeba trochę pochodzić pod górę), które przypomina trochę klimat Grecji. Przechodząc przez centrum słychać rzeczywiście głównie angielski i niemiecki, także na ogłoszeniach i słupach królują głównie te języki. Wszak dla mieszkańców Europy Zachodniej Portugalia jest miejscem idyllicznym i tanim :).



Fiama Hasse Pais Brandão 

 ALBUFEIRA IL SERPENTOMAQUIA 

 A terra acaba numa linha 
de argila. Os pássaros incansáveis
 passam sobre a seara queta
 e os sobreiros que rodam.
 As formigas vivem a sua existencia
 eterna. O vento é copioso
 quando escorre em turbilhão pela
 escarpa. Praia rasa a seara em
 tracejado alto. àgua humildw e o
 trigo magnífico. (...)


martes, 11 de junio de 2013

Faro, piękne Faro.


I znów słoneczna pogoda powróciła do naszego pięknego Faro. 



Z tejże okazji, człowiek nabiera w płuca powietrza i staje się natchnionym bardziej niż zazwyczaj, i w konsekwencji czego, przypomina sobie o tym blogu, ostatnimi czasy dość zaniedbanym.

Wybaczcie, ale... jesteśmy tak pełne myśli (tych niespokojnych również), iż zapominamy o tym gdzie jesteśmy, z kim i dlaczego. Napełnione wspomieniami po brzegi czekamy, aż nasze serca, powrócą na swoje miejsca, ou seja, do przestrzeni w której czujemy się pewniej i bezpieczniej, tj. do domu...


*********************************************************************************************************************************



Zanim to jednak nastąpi, staramy się cieszyć każdym dniem, STARAMY się nie wegetować jak nerdy całymi dniami na fejsbuku, STARAMY się czytać, rozmawiać, i otaczać się towarzystem, co jednak ostatnimi czasy nie jest prostym i przyjemnym zadaniem. Musicie bowiem wiedzieć, że natura Faro, pięknego Faro, jest przekorna. Porównać je bowiem można z uroczą wsią, gdzie wszyscy wszystkich znają i "kochają". Pół roku na Erasmusie wydawać się może niczym, z punktu widzenia czasu. Lecz jeśli analizować to od strony kontaktów z ludzmi, zaręczamy iż po pewnym czasie można odrzuć coś o wielej bardziej intensywnego niż przysłowiowy PRZESYT. Na każdym rogu znajome twarze, te mniej lub bardziej tolerowane, ktorym jednak wypada się kłaniać i pytać TUDO BEM? tudzież w wersji brazylijskiej TUDO BOM? I nieważne, że nikt tak naprawdę nie chce usłyszeć odpowiedzi. Trzeba zapytać żeby być miłym i uprzejmym. Trzeba. Hmm... no chyba, że jest to urodziwa Francuzka, która delikatnie mówiąc, nie przepada za naszym towarzystem. Wtedy trzeba zachować zimną krew. Bardzo zimną. Ale nie o tym chciałam tutaj pisać, aby nazbyt sarkastycznym nie wypaść.




Wróćmy więc do tematu, jakim dziś PIĘKNE FARO jest.


Musicie bowiem wiedzieć, iż drzewa kwitną tutaj inaczej. Już na początku maja zaczęły pokazywać
swoje prawdziwe oblicze, wyłaniając zza gałązek napiękniejsze kolory świata. Fioletowo-niebieskie drzewa dominują. Spacerując alejkami czuć również zapach slodkich lillii (nie mylić z francuską nie-słodką Lilii). Wszystko zatopione jest w rześkim zapachu oceanu, który wiatr niesie prosto z farowskiej plaży. Wiatr ten, pomimo odczuwalnego gorącego powietrza, pozwala oddychać i daje swoistego rodzaju ukojenie, w szczególności podczas wieczornych spacerów. W dzień zaś, nie pozostaje nic innego, jak zatopić się w cieple promieni, które potrafią wnikać głęboko pod skórę (lekko spaloną już skórę). Czekamy zatem jak jaszczurki, na te gorące dni, by zapominając o calym "bożym świecie" , wylegiwać się i smażyć na piaszczystej plaży.

Dzielimy się zatem z Wami kilkoma obrazami obecnego Faro, szczęśliwie nie zaatakowanego jeszcze przez plagę turystów (prawdopodobnie z powodu ostatnich niezrozumiałych chłodów), życząc przy tym wszystkim dużo szczęścia podczas nadchodzących egzaminów!



I wiedzcie, że Faro jest przepiękne, niezmiennie, od zawsze, lecz... prawda jest taka iż... tak, chcemy już wracać do domu.

domingo, 12 de mayo de 2013

Farense Semana Académica

Tak dawno nie pisałyśmy i trzeba koniecznie za to przeprosić. Przyczyny były różne: przede wszystkim podróże (niekoniecznie wspólne - Porto, Barcelona, Maroko, Jaen, Sevilla, Granada, Braga, Guimaraes, Sintra, Lisboa, Vilamoura), które to naprawdę trudno opisywać, ale też zajęcia (chodzimy, czasem chodzimy) i oczywiście smażenie się na plaży w chwilach wolnych. Oraz kąpiele w oceanie pomimo przeciągłych choróbsk i próby nie zginięcia pod zdradliwymi falami Atlantyku. Na podróże czas miałyśmy, gdyż dziwnym trafem rok akademicki na naszym Universidade do Algarve zdaje się więcej mieć dni wolnych niż tych okupywanych przez rzetelną naukę i pracę, co w sumie nam erasmusom bardzo w życiu nie przeszkadza. 2 maja, w czwartek, najpierw kolacją poszczególnych wydziałów i klas (gdzie wszyscy spili się jak trzeba) oraz później wielką pieśnią studencką zwaną Serenata de abertura pod murami katedry na Zona Antiga da Cidade rozpoczął się Semana Académica, to jest tydzień zupełnie od zajęć wolny, poświęcony na codzienne imprezy i koncerty. CODZIENNE. Moim zdaniem logiki ogólnie rzecz biorąc w tym brak, zważywszy na fakt, że od jutra zaczynają się studentom najprawdziwsze egzaminy i nawet my mamy ich około pięciu. Epoka egzaminów potrwa do 28 maja przy jednoczesnym uczęszczaniu na zajęcia, i jeśli zda się wszystko (a tak nam dopomóż...), to czerwiec powinien być już absolutnie wolny od zajęć i zaliczeń (my raczej skupimy się na naszych wrześniowych dziesięciu egzaminikach). Co do samej Serenady to raczej spodziewaliśmy się więcej. Dopiero po północy studenci z różnych części miasta, gdzie mieli swoje kolacje, zaczęli walnie gromadzić się na schodach katedry, gdzie odbywał się koncert pieśni portugalskich, niezbyt niestety poruszający nasze serca. Miasto jednak wreszcie ożyło: na wszystkich ulicach spotykaliśmy grupy rozentuzjazmowanych (podpitych?) studentów krzyczących i śpiewających w swych szkolnych strojach UAlg. Tradycja tradycją! Każdy pierwszak miał nad sobą innego studenta i obligatoryjnie od czasu do czasu musiał uklęknąć na jego pelerynie. Zwyczaje dziwne, ale czemu nie. Wstęp na wszystkie imprezy kosztował studenta 60 euro, na poszczególne wybrane 10 euro. Na miejscu każdy wydział miał swoje stoiska z alkoholami (ceveja 1 euro!). Ponieważ aż do piątku/soboty obydwie byłyśmy w rozjazdach, dopiero w sobotę udałyśmy się sprawdzić jak te imprezy wyglądają w Portugalii. Uważam, że trafiłyśmy na naprawdę dobry koncert reggae portugalskiego wykonawcy Richie Campbella i było warto pójść. Podobno sprawa nie miała się tak kolorowo w ciągu tygodnia, ale nie wiem. Oprócz imprez na kampusie (mniej więcej wygląda to jak w Polsce, tylko u nas jest... za darmo ;)), odbyło się także kilka tradycyjnych imprez na stadionie w Faro, ale niestety za wiele o tym napisać nie mogę. Rozkład jazdy:) 2 de Maio – Quinta Feira - Serenata de abertura 3 de Maio – Sexta Feira - Ricardo Sousa - Melomenorítmica - Daniel D e Oscar L - DJ Chus 4 de Maio – Sábado - Orelha Negra - Blasted Mechanism - DJ Mike Fuentes - Mastiksoul 5 de Maio – Domingo - Vencedor do concurso de bandas - Mopho - Iris 6 de Maio – Segunda Feira - Vencedor do concurso de DJ’s - Ivete Mangalho e as Rolinhas - Mónica Sintra 7 de Maio – Terça Feira - Contra-Corrente - Os Dias de Raiva - Tara Perdida 8 de Maio – Quarta Feira - Fábio Lagarto - Quim Barreiros 9 de Maio – Quinta Feira - Tunas 10 de Maio – Sexta Feira - Frankie Chavez - HMB - Gabriel, o Pensador - Joana Best e Marta Ruby - Pete tha Zouk 11 de Maio – Sábado - Macacos do Chinês - Richie Campbell - DJ Ride - DJ Christian F

viernes, 5 de abril de 2013

Wielkanoc bez żurku i pisanek, czyli święta po portugalsku.

Już od kilku dni, słoneczne i wietrzne Faro budzi się z "zimowego snu" i wkracza w fazę gorącego lata. Cieszymy się zatem jak małe dzieci, biegając pomiędzy promieniami, przypalając zbyt blade skóry, łapiąc fruwające w powietrzu włosy. Nie jest to jednak jeszcze czas by móc w pełni korzystać z tego, co Algarve ofiarować może. Mam na myśli oczywiście ten piękny i nieprzenikniony ocean, i możliwość wskoczenia do niego i zanurzenia się po sam czubek nosa, na co tak niecierpliwie czekamy...

Pewnie zastanawiacie się jak minęły nam święta. Otóż, bardzo szybko i niepostrzeżenie. Bez rodziny, bez najbliższych przyjaciół, bez żurku i koszyczka z pisankami to jednak nie to samo. Starałyśmy się znaleźć oznaki zbliżających się świat jeszcze przed ich rozpoczęciem, jednak mimo wnikliwego poszukiwania, niewiele odnalazłyśmy. Sam czas świąt wydał się taki przyziemny, płytki, codzienny. Napływ turystów z Anglii i Niemiec zakłócił nieco spokojne życie Farenses, jednakże prócz kilunastu dodatowych funtów, tudzież euro, raczej nie wniósł nic wartego uwagi. Starałyśmy się jednak chociaż w minimalnym stopniu podtrzymać polskie tradycje, zatem ugotowałyłsmy JAJKO, odpaliłyśmy SKYPE'a i złożyłyśmy sobie serdeczne życzenia o jednej, głuchej i przenikającej na wskroś treści: ...abyśmy zdały kochana Żuało, abyśmy zdały kochana Szano.



Ponadto, Szana dzielnie tlumaczyła na portugalskim komisariacie (gdzie w Wielki Piątek spędziłyśmy 3 bite godziny) naszej Irańskiej koleżance DLACZEGO mamy wolne i co z tego wynika, Żułana zaś, po dość skutecznym flirtowaniu z policjantem, w głuchą piątkową noc udała się w poszukiwaniu Procesji, i... ostatecznie ją znalazła.


 Wśród kropel późno marcowego deszczu, wtopiła się w dość pokaźny tłum, przepełnionej orkiestrą, strojnymi figurkami, harcerzami i szarą masą ludzi, ktorzy nie do końca w milczeniu, adorowali ten dzień. 



W Wielką Sobotę można jedynie powiedzieć iż lekko tęskniące dziewczęta udawały że się uczą. Jednak z samymi świętami związene były jedynie zachęcające tutuły imprez, które dostawały co chwilę, i co chwilę musiały, tudzież czuły powinność by je anulować. Nie, jednak Wielkanoc to nie jest chyba najlepszy czas na imprezowanie i picie. Não podemos, não, hoje não... não nos sentimos bem, sabes... estamos um pouco doentes. Niestety Portugalczycy zdawali się nie rozumieć. Dziwne.

W niedzielę zaś, odświętnie ubrane dziewczęta, złożyły szczere życzenia swoim muzułmańskim koleżankom i udały się do Kościoła. Piękna Sé Catedral de Faro, której początki sięgają aż II połowy XIII wieku, ulokowana jest w samym sercu starej, antycznej części Faro. Otoczona pięknymi laranjeiras robi wrażenie i zawsze zachęca do zaglądnięcia do środka, nawet największych niedowiarków. Co jednak jest na swój sposób smutne, ciężko zastać tę katedrę otwartą, nawet w niedzielę, bez płacenia, można ją odwiedzić jedynie na jedynej mszy o godzinie 12.00. W reszcie dnia osnuta jest milczeniem.


Tuż po uroczystej celebracji, ciepłe galão, słodka pastel de nata tudzież inny rodzaj bolo i... można pouczuć się jak w raju. Nocy nie pamiętamy. Najwidoczniej Szana była bardzo zajeta i całą noc nie spała, Żuałana zaś zapewne zasnęła z włączonym skype'em, muzyką i światłem. Boa Páscoa meninas!

A co z naszym polskim Poniedziałkiem Wielkanocnym, pelnym śmiechu, wody i jedzeeeeenia? Niestety tutaj takież zwyczaje nie dotarły, zatem jedyną opcją było spędzenie tego dnia czytając na głos nad oceanem samej sobie, tudzież prowadzenie konwersacji i rozmówek wszelakich w języku belgijsko-francuskim. I to by było chyba na tyle.

Mamy nadzieję, że Wasze święta przepełnione były wszystkim co najlepsze i że pełni zapału wracacie teraz do pracy. Oby zima opuściła Was jak najszybciej, przesyłamy tysiące portugalskich promieni! ;*

P.S. Wiem iż Szana zabije mnie, gdyż zobligowana byłam opisać Wam nasz spontaniczny wyjazd do Sintry *.*, czuję jednak, że mój zachwyt byłby zbyt duży bym mogła pomieścić się z tym na blogu, zatem... zaszczyt ten pozostawię jednak w jej rękach...