Szczęśliwie, mimo zmiennej ostatnio pogody w Faro (chuva, chuva), dostałyśmy sporą dawkę słońca i w południe wyruszyłyśmy samochodem do Portimão, gdzie dotarłyśmy w około godzinę (pani kierowca przy vermelho krzyczała głównie fodes i dodawała gazu). Brakuje mi tutaj bardzo jakiegoś własnego środka transportu, samochodu się znaczy, jako że transport publiczny wydaje mi się bardzo drogi (za paliwo wychodzi czasem 3 razy taniej niż za busa/pocig), dlatego dość popularną stroną, z której ostatnio skorzystałyśmy jest http://deboleia.com/ (dzięki Patuniu).
Na samym początku podróży udałyśmy się z Lucią i Ines do creche siostry Lucii, w którym to poznałyśmy urocze trzylatki i czytałyśmy portuglskie wierszyki z okazji O Dia do Pai (w Portugalii Dzień Ojca obchodzony jest 19 marca). Trzeba zauważyć, że Portimão to miasto z tradycjami typowo rybnymi, więc i zapach miasta jest mocno odczuwalny, zaś sama nazwa wywodzi się z określenia "z portu do ręki" i prawdopodobnie chodzi o wyborne tutejsze sardynki. Docelowym miejscem podróży było centrum handlowe AQUA, nazwane tak przez dziury w dachu :D, znane na całe Algarve przez sklep Primark, gdzie nieco może przegięłyśmy kupując nadprogramowe pary okularów czy inne bzdeciki po całkiem przychylnych cenach. Po smakowitym obiedzie w McDonald'sie (ble, tu kurczak jest jakiś inny!), poprosiłyśmy dziewczyny o pokazanie nam nieco bardziej zabytkowej części miasta, co skwitowały śmiechem, jako że typowe centro histórico miałoby nie istnieć. Pierwsze wrażenie nie było zbyt dobre - slumsy, odpadający tynk, stara, rybacka dzielnica, graffiti na moście. Po dojściu do centrum zmieniłyśmy nieco zdanie - urocze uliczki, mnóstwo sklepów, kościoły, fontanna, restauracje para beber um cafezinho fora.
Miejsce wygląda na nowoczesne, lśniące i pachnące, nie mogę się powstrzymać, by nie zrobić sobie zdjęcia z pomnikami udającymi pracę przy sardynkach. Wszak cały dzień roboczy z wonią sardynek wydaje mi się niemożliwy do zniesienia, skoro trudno wytrzymać czasem w Pingo Doce przy stoisku rybnym więc ubolewam nad losem pracujących tutaj kiedyś ludzi. Pod piętrem z główną wystawą odkrywamy piękny tunel z mostkiem na wodzie, wielkie telewizory pokazujące głębiny rzeki. Przy kolejnym gadżecie - mapa dotykowa - przeszywa nas dreszcz, czyżby muzyka FADO? Skąd jak to i dlaczego? Wychodzimy i przed wejściem do mini-museu gitary portugalskiej (!!!) widzimy i co najważniejsze, słyszymy fado na żywo. Szok, niedowierzanie i ciarki. Tylko słuchać, słuchać, słuchać... Przechadzając się między wystawami gitar i wizerunkami gwiazd fado. To Portugalia właśnie.
Robi się późno, po tym miłym koncercie idziemy jeszcze do kafejki w parku ze stawem i... kurami i kaczkami, które nieco mnie przerażają chodząc między stolikami. Potem krótki spacer nad źródło (wodospad? catadupa :3), i w górę między drzewami. Tam Szana krzyczy głośno: "O que e isso? SKATEPARK?" mimo lekkiego deszczu siedzimy i oglądamy wyczyny os rapazes portugueses - skakanie na rowerach, deskach i nawet hulajnogach. Cóż byśmy zrobiły bez naszej przewodniczki Lucii? Bem-vinda a nossa casa, querida:). Nasz pobyt w Portimão kończy dłuuugi spacer na stację, aby się nie spóźnić na ostatni pociąg. Podróż trwa półtorej godziny, kosztuje prawie 6 euro i jedziemy w prawie pustym pociągu, co wydaje się dziwne jak na to, że jest piątek wieczór. Może po prostu wszyscy inwestują w swoje samochody zamiast tracić grube euro na transporcie publicznym. To by było na tyle z opowieści o Portimão. Vale a pena visitar!


